Jak to jest być kibicem Tottenhamu?

Wstyd – to słowo po wczorajszym blamażu na Anfield idealnie opisuje nastroje kibiców drużyny z północnego Londynu. Czwartkowy wieczór przedłuża haniebną passę, która trwa już od 2008 roku i oznacza brak zdobycia jakiegokolwiek pucharu. Oczywiście, Tottenham pozostaje jeszcze w grze w FA Cup, a także Lidze Europy, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie wierzy w to, że Koguty mogą tam cokolwiek ugrać.

Tottenham vs Goliat

Dokładnie tak opisywane było starcie rewanżowe półfinału Carabao Cup, w którym Tottenham mierzył się z Liverpoolem. W pierwszym meczu zaskakująco lepsza okazała się drużyna z Londynu, która wygrała 1:0 po golu Lucasa Bergvalla. Z perspektywy kibica „Kogutów” trudno było jednak liczyć na powtórkę z tamtego wieczoru. Tottenham na 27 ostatnich wizyt na Anfield, wygrał tylko jedno spotkanie.

Tym razem cudu nie było, a zespół Postecoglu czekało brutalne zderzenie z rzeczywistością. „The Reds” bez zbędnego nakładu sił zdobyli 4 gole i zameldowali się w finale, gdzie czeka na nich Newcastle United. „Spurs” zaprezentowali poziom, który na tym etapie rozgrywek jest hańbą – 0 celnych strzałów, xG na poziomie 0.18 (przy 3.72 przeciwnika). Trudno nie odnieść wrażenia, że żaden z piłkarzy, który grał w białych strojach, nie chciał tego spotkania wygrać.

Słaba kadra to nie wymówka

Niedzielny kibic patrząc na listę kontuzjowanych graczy, mógł złapać się za głowę. Mało tego, po pierwszej połowie dołączył do nich (nie po raz pierwszy, a nawet nie drugi) Richarlison. Trwający sezon oznacza w północnym Londynie plagę kontuzji, a wyjściowy skład co raz częściej składa się z zawodników z roczników 2005, 2006, a nawet 2007.

Jednak to mogła być wymówka przez pierwsze kilka spotkań, kiedy jako fan „Kogutów”, drżałem (i dalej drżę) o utrzymanie w lidze. Wczorajsza kadra nie podjęła żadnej próby walki, mając przed sobą prawdopodobnie najważniejsze spotkanie w sezonie. Ponownie zawiódł liderHeung-min Son, o którym Jamie Redknapp po meczu, powiedział wprost, że „nie widzi go w roli kapitana”. Katastrofalnie spisał się duet pomocników, nazwany przez obecnego w studiu Jamiego Carraghera „wstydem”. Niepewnie w bramce wyglądał brylujący w pierwszym spotkaniu Kinsky, który swój występ podsumował sprokurowaniem rzutu karnego.

Plusy? Wyciągnięty z szafy i niechciany przez wiele miesięcy Djed Spence, który obecnie przeżywa w klubie renesans swojej formy. Z dobrej strony pokazał się także duet nowych zawodników, czyli Kevin Danso, a także Mathys Tel, który do klubu zdecydował się przyjść po rozmowie z samym Postecoglu (i zapewne już teraz tego żałuje).

Ange Postecoglu – osąd bohatera

To, że Australijczyk nie jest problemem tego klubu, wie chyba każdy. Powiedziałbym nawet, że jest najlepszym szkoleniowcem od czasów Pochettino, co nie jest takie łatwe, bo przewinęły się tu takie osobistości jak Jose Mourinho i Antonio Conte. Największy zarzut jaki mam do Postecoglu, to brak dostosowania taktyki pod przeciwnika i sytuację kadrową zespołu. Granie ofensywnej piłki zawsze będzie u mnie mile widziane, ale nie za wszelką cenę. Przez takie decyzje Tottenham stracił w tym sezonie mnóstwo punktów i w chwili obecnej walczy o ucieczkę znad strefy spadkowej.

To, co wyróżnia Postecoglu, to z pewnością umiejętność przekonywania do siebie zawodników. Sam byłem w szoku, kiedy dowiedziałem się, że osobiście przekonał do swojego projektu Tela, który dopiero co odmówił Tottenhamowi, po rozmowie z Danielem Levym. Takich sytuacji było w trakcie jego kadencji więcej, a sam zespół pokazuje w wypowiedziach, że wskoczyłby za swoim trenerem w ogień.

Danielu, przestań niszczyć Tottenham

Największym problemem Tottenhamu są niewątpliwie właściciele, na czele z prezesem, Danielem Levym. Jego nazwisko w ostatnim czasie coraz częściej pojawia się wśród przyśpiewek kibiców, którzy domagają się jego odejścia. Jedna z nich wyjątkowo trafnie opisuje sytuację w północnym Londynie:

„I don’t care about Levy, he don’t care about me, all I care about is Kulusevski”.

Trzy zdania, po których właściwie nie trzeba nic dodawać. Dla Daniela Levy’ego nie liczą się wyniki sportowe, tylko liczby na swoim koncie bankowym. Biznesmen nie zna się na sporcie, co udowadniał wielokrotnie, np. zwalniając Mourinho kilka dni przed finałem Carabao Cup. Czy podobny los czeka Postecoglu? Trudno nie odnieść wrażenia, że do tej decyzji jest bliżej niż dalej.

„Nie zawiódł się ten, kto nie miał oczekiwań”

Cytat ten idealnie opisuje moje wczorajsze emocje, podczas oglądania spotkania. Co gorsza, Tottenham w niedzielę czeka wyjazdowe starcie z Aston Villą w ramach FA Cup, co może oznaczać szybkie odpadnięcie z kolejnego pucharu. Czy projekt Postecoglu dalej ma sens? Serce mówi, że ma, ale rozum wie, że nie. Czy na chwilę obecną ktokolwiek jest w stanie przejąć ten klub i wyprowadzić go na właściwe tory? Tutaj nie mam żadnych wątpliwości, że nie.

Dopóki klubem rządzić będzie grupa ENIC, a na stanowisku prezesa dalej pozostanie Daniel Levy, to sukcesów nie zagwarantują nawet Pep Guardiola i Jurgen Klopp razem wzięci. I to jest w tym wszystkim najsmutniejsze.

Czytaj też: https://flesz.amu.edu.pl/aktualnosci/polskie-preselekcje-do-eurowizji-2025-recenzje-flesza-2/

Obserwuj nas na YT! https://www.youtube.com/@makingofFlesz 

Udostępnij!
Share on facebook
Share on linkedin
Share on pocket

Podobne posty

Skontaktuj się z nami!

Kto pyta nie błądzi

flesz.wnpid@gmail.com

Zapisz się do newslettera Flesza

Bądź na bieżąco z nowościami w akademickim świecie i otrzymuj od nas podsumowania tygodnia!

* Pole obowiązkowe